Ceilidh – kiedy Szkocja tańczy, cały świat się zatrzymuje
o tym, jak
nauczyłam się, że nie trzeba
umieć tańczyć, żeby poczuć się jak u siebie
Znacie to
uczucie, kiedy wchodzicie do sali pełnej obcych
ludzi i już po pięciu minutach macie wrażenie, że znacie ich
od lat? U mnie taki moment zdarzył się po raz pierwszy kilka lat temu, kiedy sąsiadka zaciągnęła mnie na lokalne ceilidh (czyt. kejli) w
community centre niedaleko Elgin. Wiedziałam tylko tyle,
że to coś w rodzaju zabawy tanecznej. Nie wiedziałam, że to będzie jeden z tych wieczorów, które człowiek pamięta latami.
Co to właściwie jest
ceilidh?
Dla tych,
którzy jeszcze nie mieli okazji — ceilidh to tradycyjny szkocki (i irlandzki)
wieczór taneczny. Nie ma tu miejsca na odgrodzenie się przy stoliku z kieliszkiem wina. Tutaj wszyscy tańczą. Wszyscy.
Bez wyjątku. Niezależnie od wieku, sprawności i poczucia rytmu.
Tańce są prowadzone — zanim zagracie pierwsze takty, caller (osoba
prowadząca) tłumaczy każdy ruch krok
po kroku. A muzyka... muzyka jest żywa, głośna i tak zaraźliwa, że nogi same się ruszają, zanim głowa zdąży powiedzieć nie.
Tego wieczoru
robiłam rzeczy, których nigdy bym po sobie nie podejrzewała: kręciłam się w kółko z obcym
starszym panem z farmy pod Forres, trzymałam się za ręce z całą linią nieznajomych
i śmiałam się tak, że bolały mnie boki.
Po polsku, po angielsku, po szkocku — język przestał mieć znaczenie.
Szkocja, która
nie jest na widokówce
Myślę sobie czasem,
że Szkocja, którą znamy z
folderów
turystycznych — zamki, wrzos,
Highland Games — to tylko
czubek góry lodowej.
Prawdziwa Szkocja żyje właśnie w takich
miejscach. W sali z plastikowymi krzesłami i banerem
z okazji czyjejś 60. rocznicy ślubu. W cieście z
supermarketu postawionym na stole obok domowych shortbreads. W fiddle granym
przez nastolatka z rudymi włosami, który za chwilę będzie rywalizował z dziadkiem o
to, kto zagra szybciej.
To jest ta
Szkocja, do której się
przyzwyczajam. I za którą tęsknię, kiedy wyjeżdżam.
Kilka rzeczy,
które na ceilidh warto wiedzieć (z
perspektywy Polki)
Po kilku
edycjach mam już swój mały poradnik
przetrwania 😊
- Nie trzeba umieć tańczyć. Serio.
Ceilidh to jedyne miejsce na świecie,
gdzie potknięcie się i wpadnięcie na sąsiada jest powodem do wspólnego śmiechu, nie wstydu.
- Wygodne buty to podstawa. Przekonałam się o tym boleśnie. Dziś na ceilidh zakładam moje stare Clarks i nikomu
nic do tego.
- Przychodźcie głodni. Zawsze
jest jedzenie. Szkoci nie urządzają żadnego spotkania bez jedzenia — to jedna
z rzeczy, za które ich
szczerze podziwiam.
- Nie bójcie się prosić o pomoc. Kiedy
zgubicie się w figury
(bo Strip the Willow to wir nieprzewidywalny jak szkocka pogoda), ktoś zawsze złapie was za rękę i zaprowadzi tam, gdzie trzeba.
- Zostańcie do końca. Ostatni
taniec jest zawsze najlepszy.
Po ceilidh
Wracałam do domu o północy, z rozmazanym makijażem, roztańczonymi nogami
i tym ciepłym uczuciem w środku, które po polsku
najtrafniej opiszę jako swojsko.
Tak — tej nocy w Szkocji poczuła się jak domu.
Mieszkam tu już od wielu lat. Nauczyłam się kupować square sausage bez ciekawskich spojrzeń, rozumiem szkocki akcent nawet przez telefon i wiem, że po słonecznym
czerwcowym południu może przyjść śnieg. Ale ceilidh wciąż robi ze mną to samo — za każdym razem.
Jeśli jesteście w Szkocji — czy jako turyści, czy jako ci, którzy zdecydowali się zostać — szukajcie
ceilidh. W lokalnej prasie, na tablicach ogłoszeń w
supermarketach, na Facebooku. To nie jest atrakcja dla turystów. To jest Szkocja dla Ciebie.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz